Kamerun i Albania. Albania i Kamerun. Z pozoru dwa kraje niemające ze sobą nic wspólnego. Oddalone od siebie o tysiące kilometrów, zamieszkałe przez ludność posługującą się innymi językami i wyznającą inną wiarę. A jednak coś je łączy.
![]() |
| fot. Agata Ilnicka Hegel |
Ich drogi przecinają się w sieci Global Education Network of
Young Europeans (GLEN). Ta różnorodność najlepiej oddaje ducha zrzeszenia
dwunastu organizacji, w skład której wchodzi Polska Akcja Humanitarna. Co roku
w ramach projektu edukacji globalnej, po odbyciu międzynarodowych szkoleń, młodzi
ludzie z kilkunastu państw europejskich rozjeżdżają się na trzymiesięczne staże
do organizacji w kilkunastu państwach globalnego południa (dawny Trzeci Świat),
by po powrocie, bogatsi o nowe doświadczenia i perspektywę, prowadzić działalność
edukacyjną w swoim kraju.
Swoje losy z GLEN-em związałem na początku tego roku, gdy
aplikowałem na projekt w Kamerunie. Staż w lokalnej rozgłośni radiowej na
kameruńskiej prowincji wydał mi się czymś fascynującym. Wyobraźnia zadziałała.
Już widziałem siebie w roli kameruńskiego odpowiednika Adriana Cronauera (Good Morning Vietnam).
Dwa miesiące, cztery etapy rekrutacji… i wielkie
rozczarowanie. Na początku lutego, dzień przed wyjazdem do Namibii, pędziłem
jak opętany do Torunia na ostatnią rozmowę rekrutacyjną. Kilka tygodni później,
dzień po powrocie, zakochany w afrykańskim kontynencie, dostałem odpowiedź:
„Uprzejmie informuję, że zostałeś wybrany jako osoba rezerwowa do programu GLEN
2017/2018 ze stażem Broadcasting educational programmes for the Oku Rural Radio
w Kamerunie”. Oznaczało to tyle, że było blisko, ale się nie udało.
Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy na początku kwietnia
dostałem propozycję udziału w programie, ale ze stażem w Albanii. Wkrótce potem
zameldowałem się na pierwszym szkoleniu w Berlinie. Dwa seminaria - jedno w
Niemczech, drugie w Czechach - to było niesamowite doświadczenie. Intensywna nauka,
ale również oduczanie się nabytego spojrzenia na świat (learning and unlearning). Niekonwencjonalne metody, nieraz
wymagające dalekiego wyjścia poza strefę komfortu (uncomfortable ≠ always bad). Wymiana poglądów, głębokie, nieraz
trudne dyskusje, a przede wszystkim ludzie. Uczestnicy i tutorzy. Pełni pasji i
chęci do działania. To oni stanowią największą wartość GLEN-u.
Przyszedł czas pożegnań. Rozjechaliśmy się. Do Myanmaru,
Indii, Kenii, Ghany, Gruzji. Długo by wymieniać. No i do Albanii. Ale zobaczymy
się już w lutym - w Budapeszcie - moim ulubionym mieście. Czy mądrzejsi?
Zobaczymy. Zbiera mi się na filozofię, a nie o to tutaj chyba chodzi.
Rozpisałem się, a na blogu ponoć trzeba się streszczać. Więc
zmierzając ku końcowi. Pomimo kilku lat doświadczenia w pracy dziennikarskiej,
to moje pierwsze szlify w tej formie wypowiedzi. Skąd taki pomysł?
Uderzyło mnie, jak mało wiadomo na temat Albanii. Co to za
kraj? Kim są jego mieszkańcy? Pewien osiemnastowieczny angielski historyk Edward
Gibbon opisał Albanię jako kraj „leżący w zasięgu wzroku Italii, ale mniej
znany niż amerykański interior”. Dwa wieki później Robert D. Kaplan skomentował
to: „nawet gdyby amerykański interior pozostał niezbadany, opinia Gibbona o
Albanii byłaby wciąż aktualna”. Dzisiaj, w dobie wszechobecnej informacji, Albania
i jej mieszkańcy wciąż nie istnieją w europejskiej świadomości, pozostają ukryci
w swej górskiej fortecy nad Adriatykiem, Shqipërii - „krainie orła”.
Andrzej Stasiuk w jednym z wywiadów powiedział: „Do Albanii
jeździsz po to, by zobaczyć, skąd tak naprawdę wziął się ten kontynent”. A więc
pakuję się i jadę…
Jak dojadę to napiszę!

Komentarze
Prześlij komentarz