Przejdź do głównej zawartości

Tirana – miasto wypalone słońcem

40, 41, 42, 41. Nie, to nie są żadne szczęśliwe numery na loterii. To prognoza pogody na najbliższe dni. W stopniach Celsjusza, żadnych Fahrenheitach.

Duży betonowy napis "I <3 Tirana" stoi przy Dëshmoret e Kombit, jednej z głównych alei miasta.
Albania płonie. Dosłownie i w przenośni. Z powodu ekstremalnych upałów, jakie zapanowały w ostatnich tygodniach, pożary lasów ogarnęły dużą część kraju. Oczekuje się, że na dniach rząd wprowadzi stan wyjątkowy. Zmagania z klęską żywiołową utrudnia fakt, że Albania dysponuje tylko jednym samolotem wyspecjalizowanym do akcji pożarniczych. Wszyscy pokładają nadzieję we Włoszech, które zapowiedziały rychłą pomoc. Mam nadzieję, że skuteczną.

Do Tirany przyleciałem wczoraj. Z opóźnieniem, bez bagażu. Tym razem niemiecka solidność zawiodła na całej linii. Przygodę z Albanią zacząłem zatem w butach, spodniach i koszulce. Cały mój dobytek przepadł gdzieś między Warszawą, Frankfurtem, a Tiraną.

Widok na Tiranę z Rruga e Elbasanit. 
Fala gorąca uderzyła we mnie tuż po wyjściu z samolotu i nie dała chwili wytchnienia do późnego wieczora. Pierwsze wrażenie – miasto chaosu i kontrastów, tak charakterystycznego dla krajów rozwijających się. Tirana ma blisko milion mieszkańców, czyli mieszka tu 30% populacji całego kraju. Przez całe lata 90. rozrastała się bez żadnego planu i ładu. Ludzie z terenów wiejskich przybywali tu w nadziei na zarobek. Skutkiem czego wąskie uliczki nie są w stanie pomieścić licznych samochodów pędzących we wszystkich kierunkach, głośno o tym informując swoimi klaksonami. Tiranę można bez przesady nazwać miastem klaksonów, gdyż ich dźwięk towarzyszy mi tu na każdym kroku.

O ile ulice są pełne, o tyle chodniki w ciągu dnia świecą pustkami. Nieliczni, którzy odważyli się wyjść z domu znaleźli schronienie w cieniu drzew, bądź też pod parasolami licznych kawiarni. Dzieci beztrosko zażywają kąpieli w miejskich fontannach, a dorośli, którym nie wypada, z nieskrywaną zazdrością obserwują je znad filiżanki mocnej espresso.

Plac Skandenberga. Na głównym placu miasta działa kilka fontann, przy których mieszkańcy szukają ochłody.
Kawa i arbuzy. Dwa największe przysmaki Albańczyków. Pod tymi drugimi wręcz uginają się stragany. A ich smak jest ciężki do opisania. Takie pyszne! Albańczycy to bardzo otwarci i przyjaźni ludzie. Błądząc po mieście i pytając o drogę co chwila poznaję kogoś nowego i zazwyczaj kończy się na kawie. Wypiłem ich już niezliczoną ilość, jest 20, a ja mocno pobudzony piszę te słowa w pośpiechu i zbieram się do wieczornego wyjścia do miasta.

Stoiska uginają się od arbuzów, które są jednym z największych przysmaków Albańczyków. 
Pozdrawiam gorąco, idę szukać ochłody!

p.s. niedawno dotarł bagaż! Z ponad 24-godzinnym opóźnieniem, ale jest:)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Durrës – świat równoległy

Moje pierwsze spotkanie z Durrës było wizytą typowego turysty. Wysiadłem na dworcu autobusowym w centrum miasta, przespacerowałem się głównymi ulicami, dotarłem do głównego placu miasta i na wybrzeże. Widziałem miasto pełne hoteli, ekskluzywnych sklepów i drogich restauracji. Przedmieścia Durrës Usiadłem w kawiarni z widokiem na port i otworzyłem przewodnik. W najnowszym wydaniu Pascala po Bałkanach napisano: „Nadmorskie Durrës z piaszczystą szeroką plażą jest głównym kurortem dla stolicy. Jest to jedno z najstarszych miast na ziemiach albańskich, a obecnie największy port morski oraz baza wojskowa NATO. Miasto w ostatnich latach szybko się rozrasta i rozkwita”. Wówczas miałem takie same odczucia i bez wątpienia mógłbym się pod tymi słowami podpisać. Nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Do Durres wróciłem dwa tygodnie później. Już nie jako turysta, ale by dowiedzieć się więcej o działającej tam placówce organizacji Today for the Future, dla której tu pracuję (więcej...

Treking w Parku Narodowym Dajti

Tak jak zapowiadałem, wybrałem się wczoraj z moimi współlokatorami, Tiną i Jonim, do Parku Narodowego Dajti. Obejmuje on otaczające Tiranę pasmo górskie, którego szczyty mają ponad 1600 m wysokości.   Na górę Dajti wjeżdża się kolejką linową. Przy wejściu tablica dumnie głosi, że trasa ma 4 kilometry, a wjazd zajmuje 15 min, przy prędkości 5 m/s. Tymczasem kolejka stoi. Z powodu przegrzania silników czekamy pół godziny. Nikomu się nie śpieszy, wszyscy cierpliwie czekają. Cóż, w tym wypadku muszę przyznać rację – lepiej poczekać niż spaść. Widok na pokrytą smogiem Tiranę W końcu jakieś poruszenie. Obsługa leniwie otwiera bramkę, jedziemy! Wsiadamy do szczelnie zamkniętego wagonika, zdecydowanie przeznaczonego do innego klimatu. Na zewnątrz widać znane z alpejskich kurortów uchwyty na sprzęt narciarski. Malowniczą, nieraz bardzo stromą trasą dojeżdżamy na wysokość 1230 m. Siadamy w kawiarni (jakżeby inaczej). Orzeźwiające frappe i widok z tarasu kawiarni wynagradza...